przypomnienie hasła

Z pamiętnika kibola - 20 lat po Euro!

Oceń artykuł:
0/5 (0 głosów )


Mamy rok 2032, a mi bycie fanatykiem nadal się nie znudziło. Ojciec, który przeżył swoją młodość na stadionie na początku XXI wieku (co to były za czasy!!) wpajał mi miłość za klubem od moich najmłodszych lat.

Z pamiętnika kibola - 20 lat po Euro!
I tak zamiast siedzieć zapatrzony w komputer, jak reszta moich rówieśników, ja siedziałem zapatrzony w papierowe magazyny dla kiboli wydawane zgoła przed 20 lat - kto by pomyślał, że prawdziwy papier może tak pozytywnie działać na człowieka? Teraz to już nawet gazety nie są wydawane w wersji papierowej. Mam jeszcze dziadka, który w prehistorycznych czasach chodził na stadion w pomarańczowej kurtce (co za moda...) i mówi mi czasem, że każda kolejka ligowa to była gwarantowana awantura. Dziadek ma już swoje lata i te opowieści można chyba włożyć na półkę z bajkami - awantura na meczu?? To kiedykolwiek było możliwe? Zostawię jednak moją rodzinę w spokoju, bo chciałem Wam opowiedzieć o czymś innym.



Byliście kiedyś na meczu wyjazdowym swojej ukochanej drużyny?



Od dawno czekaliśmy na rozpoczęcie kolejnego sezonu. Nasza drużyna, która od wielu lat próbowała dostać się do najwyższej klasy rozgrywkowej w końcu zajęła miejsce w elicie. Ciężko było, bo oprócz awansu sportowego należało spełnić restrykcyjne przepisy krajowego związku piłki nożnej dotyczące kwestii od bezpieczeństwa, po finanse, na najdrobniejszych szczegółach kończąc. Wspomnieć należy tylko, że nasz stadion nie miał zostać dopuszczony do rozgrywek Ekstraklasy ze względu na stadionową gastronomię. Na ostatnim meczu w sezonie nieoczekiwana kontrola urzędasów z Unii Europejskiej wyczaiła, że kiełbaski sprzedawane przez zewnętrzną firmę nie spełniają europejskich ram dotyczących dopuszczalnej ilości mięsa w wyrobach mięsnych. Kara finansowa zniszczyła budżet klubu na nadchodzący sezon i spadek raczej mamy zagwarantowany - któy piłkarz lubi grać za półdarmo? Cóż, nie samymi wynikami człowiek żyje. Ważne, że przez rok będziemy mogli odwiedzić stadiony, których nie było nam dane odwiedzać od wielu lat.

Postanowiłem, że mój bracki pojedzie z moją paczką na wyjazd. Ma już 13 lat, pierwsze zaliczone mecze u siebie i widzę, że powoli się wkręca. Pierwszy wyjazd to nie jest taka łatwa sprawa, ale miałem nadzieję, że wszystkie formalności szybko się ogarnie i jedyne co pozostanie, to czekać na wyjazd. Brat chciał jechać już wcześniej, ale każdy mecz wyjazdowy w tamtym sezonie nosił miano imprezy podwyższonego ryzyka, a niestety od pięciu lat osoba która ma poniżej 18 lat, w takich wyjazdach brać udziału nie może.

Pierwszą rzeczą, którą musieliśmy stawić czoła było zarejestrowanie brata w ogólnopolskiej bazie kibiców uczestniczących w imprezach masowych z dala od miasta zamieszkania. Po załatwieniu spraw papierkowych, pobraniu DNA, nadszedł czas na psychotesty, które miały zadecydować o tym, czy brat jest w pełni przygotowany do takiego wydarzenia, jakim jest wyjazd na mecz swojej drużyny na drugi koniec kraju. Specjalna komisja przez ponad godzinę przepytywała mojego brata o wszelkiego rodzaju rzeczy - czy przypadkiem nie ma nałogu narkotykowego i co go skłoniło do tak niepoważnej rzeczy, jak wyjazd na mecz? Brat oczywiście udał potulnego baranka i udało się uzyskać pozytywną opinię komisji. Przypomina mi się moja weryfikacja... Ilu dobrych chłopaków do tej pory nie może z nami jeździć, na przykład ze względu na tatuaż, który w oczach komisji nawołuje do nienawiści. Gorzej niż na komisji wojskowej.

Nie pozostało nam nic innego, jak ogarnąć bilety na spotkanie. Ciężko kupić bilet za 85€ przy mojej pensji, która wynosi 1200€ brutto, ale co zrobić. Klatki zazwyczaj świecą pustkami przez tak wysokie ceny biletów dla wyjazdowiczów. Wyobraźcie sobie sektor na 10 tysięcy osób, na którym siedzi 15 osób. Mogę kupić bilety na sektory gospodarzy (na sektory gospodarzy najwyższe ceny wynoszą tylko 5€!), jednak wolę siedzieć razem z moją ekipą. Przy dobrych wiatrach może w tym sezonie pojedziemy jeszcze raz albo dwa, dlatego mogę kupić tak drogi bilet. Czego się nie robi dla ukochanej drużyny. Zdarzały się sezony, gdzie 18 wyjazdowych spotkań oglądaliśmy w telewizji, dlatego każda okazja na wyjazd musi być wykorzystana!

Policja ma prawo w każdym momencie nie dopuścić kibiców gości do udziału w imprezie masowej, bez podania przyczyny. Najgorzej jest dostać taką informację, jak już dojeżdża się pod bramy stadionu... Pamiętam sytuację, z przed kilku lat, gdzie na 3 ligowe spotkanie udaliśmy w grupie ponad 50 osób (ceny biletów w III lidze są troszkę niższe niż w Ekstraklasie, dlatego pojechało nas aż tylu). Policja wydała nam nakaz opuszczenia stadionu w 12 minucie spotkania. Oczywiście bez podania przyczyny. Nie chcieliśmy mieć jakichkolwiek problemów (kary za zamieszki na stadionie są tak cholernie wysokie, że nie chce nawet o tym wspominać), szansa wykręcenia jakichkolwiek dymów jest taka jak udział polskiej drużyny w Lidze Mistrzów (ojciec opowiadał mi, jak ponad 40 lat temu Legia i Widzew grały w Champions League, ależ prehistoria!) dlatego też wyszliśmy ze stadionu w podstawione busy i wróciliśmy do rodzinnego miasta.

Ok, bilet dla mnie i dla brata został ogarnięty - kolejny problem jaki się pojawia to transport na mecz. Moglibyśmy udać się samolotem, bilety tańsze niż kolej, ale ze względu na to, że zorganizowane grupy kibiców nie mogą jechać na mecz tym transportem, wybraliśmy autokary. Mecz był o godzinie 20, także zbiórkę wyznaczyliśmy na godzinę 3 nad ranem a planowo wyjazd miał odbyć się o 5:45. Ponad dwie godziny miało zająć policji kamerowanie naszych sylwetek, zbieranie próbek z odzieży, czy też w końcu przeszukiwanie samochodów wraz z dołączaniem specjalnych nadajników GPS. Autokary miały być monitorowane przez całą drogę i w razie jakiegokolwiek postoju, który był nie zaplanowany, lub też zmiany trasy, policja miała prawo od razu interweniować i całą grupę zawrócić. Oczywiście w trybie przyspieszonym sąd nieszczęśników z autokarów skazuje zazwyczaj na wysokie kary grzywny, czy też areszt... Po kontroli udaliśmy się w trasę. Ze względu na nadajniki GPS nie mieliśmy wahadła. Szczerze, to już od 10 lat policja nie eskortowała żadnej grupy kibiców przez te zasrane nadajniki. Ciekawych atrakcji na trasie brak, z wyjątkiem tego, że padła klimatyzacja w autokarze i nie było czym oddychać. Na jednym z postojów ustalonych razem z psiarnią spotkaliśmy grupę kibiców naszej największej kosy. To, co było nie do wyobrażenia 40 lat temu, teraz niestety jest faktem. Obydwie grupy nie mogły nawet na siebie spojrzeć - policja specjalnie dobiera miejsca postoju, by w razie jakiejkolwiek sprzeczki, zainterweniować. Od czasów zaostrzenia przepisów udział w takiej awanturze skończyłby się co najmniej pięcioletnim zakazem wyjazdowym, odjęciem kilkunastu punktów dla klubu, nie wspominając o konkretnych karach więzienia dla kiboli. Także trzeba było trzymać nerwy na na wodzy. Niestety takie życie.

Po dojechaniu na miejsce czekał na nas najtrudniejszy etap podróży - przedmeczowa kontrola dokonywana przez ochroniarzy, wyglądających jak komandosi. Kiedyś były alkomaty, teraz technika pozwala ochroniarzom w kilka sekund sprawdzić, czy dany osobnik był pijany w przeciągu ostatniego tygodnia! Jeden koleżka przesadził z alko i niestety, ale wypicie dwóch puszek złocistego płynu skończyło się dla niego grzywną w wysokości 1000€ i 4 godzinnym pobytem w stadionowej izolatce. Niestety, ale ustawa o imprezach masowych surowo karze próbę wtargnięcia na stadion po spożyciu większej dawki alkoholu .

Sam mecz bez większej historii. Nasza drużyna w ostatniej minucie zdobyła honorowego gola, przez co debiut w Ekstraklasie nie skończył się totalną klęską. Na stadionie było około 50 tysięcy widzów i jak zwykle to bywało dopingu u gospodarzy nie stwierdzono. Jedyną przyśpiewką, którą wodzirej zaczynał na początku każdej z połów było "gramy u siebie". O dziwo nawet większość trybun potrafiło dwa, czy trzy razy klasnąć zgodnie z melodią tego hitu. My natomiast zaprzestaliśmy dopingu w momencie, gdy kilku od nas zaczęło bluzgać na drużynę gospodarzy. Momentalnie na telebimie pojawiły się twarze osób, które zaczęły rzucać kurwami, cały stadion wręcz oszalał i zaczał gwizdać a ochroniarze brutalnie rozprawili się z naszymi ziomkami. W ramach solidarności chcieliśmy opuścić stadion, jednakże uniemożliwiono nam taką akcję - naszą 30 osobową grupę otoczyli ci sami komandosi z ochrony, którzy tak skrupulatnie sprawdzali ilość wypitych piw przed meczem. Pozostało nam czekać do końca meczu. Trzech kumpli, którzy nie trzymali nerwów na wodzy dostało taką grzywnę, że pół roku będą musieli na nią pracować.

Z ulga przyjęliśmy koniec spotkania i wyjście do autokarów. Jeszcze tylko dwie kontrole na trasie i kolejny wyjazd był za nami. Nasza oficjalna liczba to 34 osoby, co przy sporej odległości (300 km) i randze meczu jest mega wynikiem. Kolejny mecz u siebie za tydzień. Zapewne beze mnie i bez reszty ekipy wyjazdowej. Koszty wyjazdu aż za nadto dały nam w kość i jedyne co pozostaje to zapierdalać dalej w robocie za psi pieniądz i czekać na kolejną wyjazdową okazję. Mam nadzieję, że do końca roku uda się nam gdzieś pojechać... Cały wyjazd dobrze podsumował mój brat - jeśli teraz jest tak zajebiście na wyjazdach, to co musiało się dziać na początku XXI wieku!


Komentarze (0) :

Brak komentarzy


Dodaj komentarz :